Przed meczem z Górnikiem Łęczna porozmawialiśmy ze szkoleniowcem naszych rywali, Kamilem Kieresiem. Były trener GKS odpowiedział na pytania dotyczące trwającego sezonu oraz opowiedział jak wspomina czas spędzony w Tychach.

Górnik Łęczna przystąpi do meczu z GKS po zremisowanym wynikiem 3:3 spotkaniu z liderem Fortuna I Ligi - Termalicą Bruk-Betem Nieciecza. Mecz ten dał Górnikowi zastrzyk pozytywnej energii i może okazać się przełomowym momentem w kontekście walki o awans do ekstraklasy.
Po meczu z Termalicą powiedział Pan, że momentów, które mogły położyć Górnika na łopatki było dużo. Przegrywaliście grając w dziesiątkę, mimo to zdołaliście urwać liderowi punkt w ostatniej minucie. To spotkanie było budujące dla zawodników? Jakie nastroje dominują w szatni Górnika?
Ten mecz był dla nas bardzo ważny. Każda drużyna ma swoje problemy na przestrzeni całego sezonu. My, jako Górnik Łęczna bardzo długo tych problemów nie doświadczaliśmy, a jeżeli już się pojawiały to byliśmy je w stanie na bieżąco rozwiązywać. W ostatnim czasie dotknęło nas sporo problemów kadrowych i może nie przegrywamy, ale pojawiło się zbyt dużo remisów i na pewno, w jakimś stopniu, nie jesteśmy zadowoleni ze ścieżki punktowej, która nas dotknęła. Nie jest ona też adekwatna z poziomem naszej gry, bo mieliśmy sporo momentów, w których brakowało szczęścia. Od dłuższego czasu szukamy nowych rozwiązań w ofensywie i mecz z Termalicą pomógł nam odblokować niemoc strzelecką, która trwała około 300 minut.
Mecz z Termalicą to na pewno było spotkanie, w którym długimi fragmentami graliśmy dobrą piłkę. Potrafiliśmy przezwyciężyć takie momenty jak bramka samobójcza, czy utrata zawodnika i zdobyliśmy bardzo ważny punkt. Daje nam on energię na najbliższe spotkanie z GKS.
Co było przyczyną słabszej dyspozycji Górnika przed meczem z Termalicą?
Tak jak wspomniałem, wcześniej w dużym stopniu omijały nas sytuacje takie jak kontuzje, czy kartki, które powodowałyby brak stabilizacji składu. Na bieżąco staraliśmy się tym kłopotom zaradzić. Największy problem pojawił się gdy kontuzji doznali podstawowi młodzieżowcy Karol Struski i Michał Goliński i to spowodowało nie tylko zmiany personalne w składzie, ale wpływało to też na profil ustawienia drużyny na boisku i pojawiły się problemy ze skutecznością gry ofensywnej.

Po awansie Górnika do I Ligi stwierdził Pan, że punktem zwrotnym ubiegłego sezonu okazało się być zremisowane spotkanie z Resovią. Mecz z Termalicą też nazwałby Pan możliwym punktem zwrotnym przed kluczowymi spotkaniami trwającej kampanii?
Rzeczywiście padło w klubie stwierdzenie, że czujemy bardzo podobną energię, do tej, którą czuliśmy w tamtym momencie. Kiedy podczas drugoligowych rozgrywek złapaliśmy taki moment, gdzie wpadliśmy w dołek. Wtedy remis z Resovią w żaden sposób nie był dla nas niedosytem, tylko energią, którą czuliśmy, że wykorzystamy w następnych spotkaniach. Teraz czujemy podobnie i liczymy, że tak właśnie się stanie.
A jakie widzi Pan podobieństwa między tym poprzednim sezonem, gdzie walczyliście o awans do I Ligi, a obecnym? Da się te dwie rywalizacje w ogóle jakoś porównać?
W zeszłym sezonie, po moim przyjściu do klubu, dominowało hasło mówiące, że mamy awansować. Konkurencja była wtedy bardzo mocna, bo był Widzew Łódź, czy GKS Katowice – kluby, które mają wysokie budżety. Mimo wszystko podołaliśmy zadaniu i mimo pewnych trudności awansowaliśmy z pierwszego miejsca.
W przypadku tego sezonu takich założeń nie było. Nikt takich deklaracji nie składał. Nasza dobra dyspozycja z meczu na mecz oraz solidne zdobywanie punktów spowodowały, że u finału sezonu myślimy o tym, żeby swoją szansę wykorzystać. Albo poprzez bezpośredni awans, bo matematyczne szanse ciągle mamy, albo poprzez baraże.
Są to więc dwa różne sezony. Jeżeli miałbym porównać takie sezony, kiedy z GKS Tychy udało mi się awansować z II Ligi do I Ligi, czy z GKS Bełchatów z I Ligi do ekstraklasy, to te wszystkie sezony, włącznie z tym i poprzednim w Górniku Łęczna, mają jeden wspólny mianownik. Ta wiosenna droga w żadnym wypadku nie była usłana różami, zawsze w pewnym momencie wiosny przychodził okres, który był namiastką swego rodzaju dołka. Drużyny, które prowadziłem, zawsze potrafiły jednak ten słabszy moment pokonać i w efekcie awansować.

A uważa Pan, że Górnik jest organizacyjnie gotowy na ewentualny awans do ekstraklasy? Pytam dlatego, że w klubie nie planowano awansu, a drużyna w czasie dwóch sezonów zrobiłaby przeskok z II Ligi na najwyższy szczebel rozgrywkowy.
Uważam, ze Górnik Łęczna ma w jakimś stopniu przewagę nad innymi drużynami, ponieważ dość niedawno był zespołem ekstraklasowym. Pewne standardy z tamtego czasu na pewno w klubie pozostały. Górnik ma za sobą trudniejszy moment po spadkach i wszystko jest tu stopniowo na nowo układane. Wiem, że przepisy ciągle się zmieniają i w razie awansu na pewno są kwestie, które będzie trzeba trochę poprawić, ale z tego co słyszałem, nie są to sprawy nie do przeskoczenia.

Chciałbym wrócić jeszcze bezpośrednio do tematu piątkowego spotkania. Uważa Pan, że GKS będzie niewygodnym rywalem?
GKS Tychy to bardzo niewygodny rywal. Tyszanie prezentują momentami dość ciekawy i skuteczny futbol, ale często naznaczony dużym pragmatyzmem co pozwala im wygrywać trudne mecze. W ośmiu ostatnich spotkaniach GKS zdobył zaledwie cztery gole, ale i stracił tylko dwa.
Jedynym zespołem, który strzelił bramkę na stadionie GKS w rundzie wiosennej było Zagłębie Sosnowiec. Później nie udawało się to chociażby Arce, czy Radomiakowi.
Są w tym sezonie takie kluby, których stadiony można nazwać twierdzami. U siebie najmocniejsza jest właśnie Termalica, Górnik Łęczna oraz GKS Tychy. Wiem jednak, że w tym sezonie GKS przegrywał u siebie dwukrotnie, więc Tychy nie są terenem nie do zdobycia. Mam nadzieję, że dobra energia, jaką mamy, pomoże nam w piątkowym meczu i zawalczymy o pełną pulę.

A co do tej pory najbardziej zaskoczyło Pana w trwających rozgrywkach Fortuna I Ligi?
Trudno powiedzieć. Dla nas utrudnieniem jest na pewno terminarz, który ułożył nam się tak, że większość meczów domowych graliśmy na jesieni. Na ostatnie dwanaście spotkań osiem graliśmy na wyjeździe. Ta ścieżka wyjazdowa zawsze jest na swój sposób trudniejsza.
Zapytam teraz o Pana wspomnienia z lat 2015-2016, kiedy był Pan szkoleniowcem GKS Tychy. Co wyciągnął Pan z tamtego okresu? Jakieś wnioski, lub przemyślenia? A może wspomnienia?
Wydaje mi się, że nie tylko ja wyciągnąłem coś z tamtego okresu, ale i GKS Tychy sporo na nim skorzystał. Przychodziliśmy z trenerem Orszulakiem do Tychów w trudnym momencie gdy klub spadł do II ligi. Oczekiwania były bardzo duże, klub wprowadzał się na nowy stadion, grał otwarcie stadionu meczem z FC Koeln przy pełnych trybunach. Za zadanie mieliśmy awansować szczebel wyżej w ciągu roku.
To były czasy, kiedy na mecze systematycznie przychodziło około dziesięciu tysięcy kibiców. To właśnie tę publiczność zapamiętałem z czasu spędzonego w Tychach. Szczególnie dobrze pamiętam też ostatni mecz z tego sezonu w II Lidze. Graliśmy ze Stalą Mielec, a bramkę z czterdziestu metrów strzelił Stepan Hirśkyj i świętowaliśmy awans do I ligi przy pełnym stadionie. Zapamiętałem też wyjazdowy mecz z Rakowem Częstochowa, który wygraliśmy 8:1 i jest to na pewno wynik zapisujący się w kartach historii tyskiego klubu.

Jest coś, czego Pan żałuje z tamtego okresu? A może wręcz przeciwnie, coś z czego jest pan szczególnie dumny?
Po czasie spędzonym w Tychach pozbyłem się z mojego trenerskiego słownika pojęcia takiego jak „okres przejściowy”. Z GKS ustalony mieliśmy trzyletni plan. W pierwszym roku moim zadaniem był awans z II do I Ligi, w drugim mieliśmy przebudować zespół, a w trzecim awansować do ekstraklasy.
Pamiętam, że po awansie do I Ligi drużyna nie została należycie wzmocniona. Ten sezon miał zweryfikować i ustabilizować kadrę do gry w I Lidze o najwyższe cele. Niestety, okazało się, że tamtą sytuację całkowicie inaczej oceniono i pod koniec jesieni zostałem zwolniony. Było to nieciekawe doświadczenie, ale nauczyło mnie, że w piłce nie istnieje coś takiego jak okres przejściowy. W tej pracy cały czas jest gra o wynik i cele.
Mimo wszystko sentyment do Tychów pozostał?
Oczywiście, że został. Poznałem w Tychach sporo ludzi, z którymi do dzisiaj utrzymuję kontakty. Kiedy się spotykamy, spokojnie podajemy sobie ręce. Zapamiętałem też miasto, więc wspomnienia z mojej pracy w GKS są na pewno miłe.















